| | Comments

Zapraszam Cię na nowy cykl na blogu. Chcę pokazać blogi, które zwróciły moją uwagę i poznać lepiej osoby je prowadzące. Po drugiej stronie siedzi człowiek wkładający całe serce, by stworzyć dobre miejsce w sieci. Tak byśmy mogli przeczytać wartościowe treści i wrócić po więcej. Przed Tobą pierwszy wpis z cyklu #dialogi.

 

#dialogi z Kingą z bloga Zaparzę Ci herbatę

 

Cześć Kinga! Na sam początek podstawowe pytanie-skąd pomysł na blog? Co Cię skłoniło do pisania?

Tak naprawdę to nie jest mój pierwszy blog. Zaczęłam blogować, gdy miałam 13 lat i, wbrew pozorom, pisałam o sprawach dużo poważniejszych niż dzisiaj. Pamiętam, że jeden z moich wpisów dotyczących orientacji seksualnych trafił na główną stronę Onetu (kiedyś można było blogować poprzez witrynę Onet, dzisiaj chyba już nie ma tej możliwości). Wtedy było to dla mnie ogromne wyróżnienie.

Kiedy zakładałam blog Zaparzę Ci herbatę, miałam tak naprawdę dwa cele. Po pierwsze, zależało mi, żeby stworzyć fajne, przytulne miejsce. Taką blogową kuchnię, bo zawsze kuchnie kojarzyły mi się z najlepszymi, długimi rozmowami przy kubku herbaty. Po drugie, to był mój kiepski czas i bardzo potrzebowałam czegoś, do czego będę mogła regularnie wracać. Pomyślałam o blogu. I z perspektywy czasu widzę, że dobrze zrobiłam, choć blog przez ponad trzy lata bardzo ewoluował. Kiedyś pisałam o wszystkim, co mi przyszło do głowy. Teraz zależy mi, żeby tematy były przemyślane i spójne z tym, kim jestem.

 

Odwiedzam Twojego bloga dość długo i systematycznie czytam posty od ponad 1,5 roku. A wszystko zaczęło się od jednego wpisu o jodze. Sama chciałam się tym tematem zainteresować i nawet wybrałam się na pierwsze zajęcia. Tylko w moim przypadku okazuje się, że joga nie do końca była tym, czego szukałam na odstresowanie. Muszę jednak porządnie się zmęczyć i spocić jak jest przy bieganiu. Jak zaczęła się Twoja przygoda z jogą? W czym ona Ci pomaga?

Dziękuję! :) I zanim odpowiem na pytanie, napiszę tylko, że joga ma różne oblicza. Jest ta spokojna, nastawiona na wolną pracę ze swoim ciałem, ale jest też bardziej intensywna, płynna, wymagająca siły. Jednak absolutnie rozumiem, że joga nie jest aktywnością dla każdego, a już na pewno nie jest gwarancją odstresowania. Za to ja bardzo podziwiam Ciebie za wytrwałe bieganie. Z przyjemnością obserwuję Twoje relacje na Instagramie :).

Kiedy poszłam na swoje pierwsze zajęcia z jogi, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Coś tam o jodze słyszałam, coś czytałam, ale były to raczej pobieżne informacje. Na pewno nie miałam pojęcia, że będę pracować nie tylko nad ciałem, ale i duchem, jakkolwiek górnolotnie to brzmi.

Po pierwszych zajęciach z jogi obudziłam się z ogromnymi zakwasami :D. Nie wiedziałam, że można czuć ból mięśni tak głęboko w ciele. To był dla mnie sygnał, że powinnam zadbać o swoje ciało, dać sobie więcej ruchu i przestrzeni, żeby za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat być nadal sprawna.

Moja babcia całe życie pracuje w swoim ogródku i do tej pory przy skłonie potrafi dotknąć podłogi dłońmi. A ja mam siedzącą pracę, spędzam przed komputerem około dziesięciu godzin dziennie, czasem nawet więcej. Moją motywacją początkowo było po prostu zdrowe ciało, jednak potem zaczęłam jogę odkrywać od strony duchowej. Coraz więcej czytałam, zaczęłam zastanawiać się nad kodeksem etycznym joginów, zrozumiałam, że joga, a zwłaszcza savasana, czyli pozycja martwego ciała, uczy mnie, jak być tu i teraz. Myślę, że gdyby nie joga, nie zaczęłabym na serio myśleć o sobie i nie poszłabym na psychoterapię.

 

Temat uważności i wdzięczności wielokrotnie jest u Ciebie poruszany we wpisach z serii „tu i teraz”. Mam wrażenie, że coraz ciężej jest się nam skupić na prostych i codziennych momentach. Większą uwagę poświęcamy swojemu telefonowi niż drugiemu człowiekowi. Jaki jest Twój sposób celebrowanie codzienności? Czy masz swoje małe rytuały, które sprawiają, że dzień staje się lepszy?

Oczywiście! Może nie są to codziennie rytuały, ale takie fragmenty codzienności, o które szczególnie dbam właśnie dlatego, że to sposoby na celebrowanie tego, co tu i teraz. Psycholożka prof. Ewa Trzebińska w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim powiedziała, że żeby zrównoważyć to, co złego albo nieprzyjemnego nam się w życiu zdarza, musimy nauczyć się wyolbrzymiać to, co jest pozytywne. Ten mechanizm nazywa się kapitalizacją pozytywnych emocji.

Jasne, mogę czekać, aż wygram na loterii, wyjadę na miesiąc do Włoch, stanę się odnoszącą sukcesy bizneswoman. Może to wszystko się zdarzy, może nie. Najważniejsze jest jednak, by w pogoni za marzeniami czy w realizowaniu celów nie zgubić teraźniejszości. Zamiast z wygranej na loterii, mogę cieszyć się z tego, że kupię sobie kwiaty. Mogę być wdzięczna za wycieczkę do ukochanego Torunia. I w końcu mogę szczerze pogratulować sobie, że dostałam zlecenie, które da mi satysfakcję. To jest trochę jak z życiem od weekendu do weekendu, jakby pomiędzy nie zdarzało się nic dobrego. A zdarza się. Tylko nie zawsze potrafimy celebrować codzienność, ponieważ w perspektywie rzeczy społecznie uważanych za wartościowe, drobnostki są nieistotne.

Jeśli zaś chodzi o małe rytuały, to mam ich kilka. Przede wszystkim praktykowanie jogi, staram się ćwiczyć codziennie rano, by nie siadać o 5 rano przed komputerem. Nawet jeśli jest to dosłownie 15-minutowa praktyka, to i tak daje mi mnóstwo frajdy. Po drugie, obowiązkowo czytam przed snem, choćbym zamknęła oczy już po pierwszej przeczytanej stronie. I po trzecie, najważniejsze (!), mizianie kotów i bawienie się z nimi — ot, niby kolejna drobnostka, codzienna przyjemność, ale dla mnie bardzo ważna i niezastąpiona. Ostatnio Grey, adoptowany kocur, który jest z nami od roku, codziennie wtula mi się w brzuch i tak zasypia. To jego mały rytuał (koty są ich niewolnikami!), a dla mnie powód do ogromnej radości.

 

Obserwując Twoje konto na Instagramie nie można nie zauważyć dużej zmiany, jaka się tam dokonała. Przełamałaś swoją tablicę. Zaczęłaś dzielić się prostymi kadrami ze swojej codzienności, które są pełne emocji i przede wszystkim szczere. Co skłoniło Cię do takich zmian?

I, przyznaję szczerze, była to trudna decyzja, do której musiałam dojrzeć. Nigdy nie byłam mistrzynią układanych od linijki kadrów, choć nadal takie uwielbiam. Nie czułam się jednak dobrze ze spójnością stwarzaną na siłę, dlatego zdecydowałam, że zacznę wrzucać zwykłe, proste kadry. Zdjęcia robione telefonem na spacerze, w restauracji, w domu.

Po kilkunastu tygodniach od tej zmiany, napisałam na Instagramie: „Dopiero teraz czuję się sobą. Dopiero ten etap pozwolił mi w pełni cieszyć się Instagramem, jednocześnie zachowując balans pomiędzy profilem promującym blog a moim dziennikiem fotograficznym. Czy pokazuję tu prawdę? Tak, ale ubraną w pewną kreację, bo prawda jest zarezerwowana dla mnie”.

Podtrzymuję to, co napisałam: zaczęłam dzielić się zupełnie innymi, niedoskonałymi zdjęciami, bo chciałam pozostać sobą, a jednocześnie pokazuję to, co chcę, pewną kreację. Autentyczność też taką kreacją może być, bo w gruncie rzeczy, choć staram się być szczera, to jednak chronię dużą część mojej prywatności, do której wstęp mają moi Bliscy. No i psychoterapeutka ;).

 

Jednym ze wpisów poruszasz bardzo ważny temat, a jest nim psychoterapia. Wstydzimy się mówić o swoich problemach, lękach, a tym bardziej o wizycie u psychologa. Czytając Twój wpis miałam wielką ochotę Cię uściskać. W końcu ktoś o tym pisze głośno i tak prosto. Czy mogę spytać, co czułaś przed pierwszą wizytą?

Mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja, żeby się uściskać! :) Dziękuję Ci za te słowa i dziękuję za to pytanie. Masz rację, mimo wielu kampanii społecznych i coraz większej świadomości dotyczącej pomocy psychologicznej, nadal terapia i mówienie o swoich problemach są tematami tabu. Choć, ostatnio przeczytałam, że chodzenie na psychoterapię stało się modą. Nawet jeśli, to takiej modzie będę przyklaskiwać. Bo wierzę, że jeśli trafi się do odpowiedniej osoby, to można przepracować problemy, które siedzą w nas od lat, i spojrzeć na siebie zupełnie inaczej. Jestem tego chodzącym przykładem.

Przed pierwszą wizytą byłam zdenerwowana, to pewnie naturalne i typowe. Trafiłam do psychoterapeutki ze skierowania neurologa i w tamtym momencie miałam po prostu nadzieję, że bóle głowy i nóg, które dręczą mnie od pół roku, w końcu znikną.

Po dwóch miesiącach zmieniłam terapeutkę i miałam swój drugi pierwszy raz ;). Ten był zdecydowanie bardziej stresujący, obawiałam się, że znowu nie będę czuła się komfortowo, opowiadając obcej osobie o tym, co czuję. Zaczęły nawiedzać mnie wyrzuty sumienia, myślałam, że nie nadaję się na terapię, choć już wtedy wiedziałam, że te bóle ciała spowodowane są latami tłumienia lęku, stresu, żalu i żałoby. Jednak po pierwszej wizycie u Pani Magdaleny, mojej drugiej terapeutki, wiedziałam, że trafiłam do dobrego gabinetu.

Dlatego, jeśli jest tu ktoś, kto za pierwszym razem też nie trafił do osoby, z którą się dobrze dogadywał — z całego serca zachęcam, żeby szukać dalej. Gdybym wtedy odpuściła, dzisiaj nadal nosiłabym ciężar żałoby, codziennie dawała sobie w kość za każdy mały błąd i nie czułabym wdzięczności za bycie tu i teraz.

Kinga! Bardzo dziękuję, że zgodziłaś się wziąć udział w tym projekcie. Pierwszy wpis z cyklu #dialogi nie mógł być lepszy :)

Na tematy takie jak uważność czy celebrowanie codzienności, mogłabym z Kingą przegadać dobre kilka godzin. Bardzo lubię zadawać pytania, jednak tutaj walczyłam i ograniczyłam się do kilku. Inaczej ten wpis nie miał by końca :)

A teraz mam pytanie do Ciebie – jakie są Twoje codzienne rytuały, które sprawiają, że dzień staje się lepszy?

 

Podobne

Nazywam się Marcelina i mieszkam na chwilę obecną we Wrocławiu. Blog Pink Envelope to miejsce, w którym odkryłam swoją pasję, a jest nią fotografia. Aparat noszę zawsze ze sobą. A prywatnie to staram się z umiarem oglądać seriale. Czytam kryminały i thrillery. Uwielbiam sernik, nawet taki z rodzynkami. Na nerwy pomaga mi bieganie. Fajnie, że tutaj trafiłaś i mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej.