Z aparatem nie rozstaję się od kilu dobrych lat. Nie wyobrażam sobie wyjścia bez niego. Nie wspominając, że kiedyś miałam manię wywoływania mnóstwa zdjęć i składania z nich albumów. Uwielbiam wracać wspomnieniami do miejsc, które odwiedziłam, tym bardziej kiedy mam gorszy dzień. Zawsze poprawia mi humor przegląd zdjęć z wakacji.

Dlatego tak bardzo spodobał mi się projekt Hour by Hour – wyzwanie fotograficzne stworzone przez Kasię z Worqshop oraz drugą Kasię z Antilight. Polega na sfotografowaniu swojego dnia od rana do wieczora takim, jakim jest. Przeczytałam o tym projekcie dość późno, ale trafiłam w sumie idealnie, bo chciałabym Wam pokazać jak zazwyczaj sobota u mnie wygląda. Chodźcie zobaczyć :)

Hour by Hour – jak wygląda moja sobota:

hour by hour wyzwanie fotograficzne

W weekend nie pracuję, więc jeśli budzik mnie nie budzi wstaję po 8. Pierwsze co robię to stawiam wodę na kawę i słucham muzyki. W międzyczasie przeglądam internety, czytam blogi, sprzątam swoją skrzynkę mailową ze spamu.

Ponieważ mam więcej czasu na przygotowanie śniadania w weekend to zazwyczaj smażę naleśniki, przygotowuję kanapki na bogato lub jak teraz omlet. Jemy dobrze, bo zaraz idziemy na basen.

Z basenu idziemy złapać w pobliskiej restauracji kawę na wynos i coś na zagryzkę. Rogalik z wiśniami i czekoladą wyrównał spalone kalorie. Grzejemy się w słońcu i nie spieszy nam się z powrotem do domu.

Pod domem mamy fajną lodziarnię, więc przed pójściem na spożywcze zakupy do molochu kusimy się na smaki owocowe – truskawka i marakuja.

Alek stawiał basen, więc odwdzięczam się sernikiem – właśnie wjechał do piekarnika. Ogólnie w weekend piekę, jest to jeden z moich sposobów na uspokojenie nerwów ;)

Przy pieczeniu ciasta miałam czas posprzątać całe nasze mieszkanie – mamy kawalerkę, więc w godzinę uwinęłam się jak torpeda.

Serniczek gotowy – odstawiam by przestygł i bacznie obserwuję Alka, by czasem nie skusiło go zanurzenie palca w polewie. Idę zrobić kawę i siadam na chwilę przed komputerem.

Korzystamy z dobrej pogody i szykujemy się do wyjścia. Opuszczamy naszą jamę i idziemy coś przegryźć. Niedaleko nas jest dobry foodtruck, więc idziemy na bułę :)

Siadamy na trawie, czekamy aż miłe Panie wywołają nasze imiona, przy okazji wprowadzam moją bandę jaki projekt dziś robię. Padają pomysły co mogłabym sfotografować przy tej godzinie – pajęczyna na kole, wróbla w garści czy śrubkę. W końcu fotografuję miejsce, w którym się znajdujemy – pod kasztanem.

Mija kolejna godzina pilnuję się, by przygotować zdjęcie. Banda wyraźnie zainspirowana projektem Hour by Hour wymyśla coraz to bardziej absurdalne kadry. W międzyczasie nabrałam ochoty na spróbowanie miski z prasowanych otrębów. Mój brat mówi, że widział jak jeden Pan wyrzuca swoją do śmietnika i mogłabym się poczęstować.

Powoli zbieramy się do domu. Już wspominałam, że Wrocław pachnie bzem, co chwilę wpadamy na kwitnące krzaki. Nawet brzydsze podwórka nie wyglądają tak strasznie, dzięki niemu.

Odpalamy serial, który nie jeszcze szczególnie dobry, ale ma chyba w sobie coś przyciągającego, bo właśnie skończyliśmy oglądać pierwszy sezon. Riverdale – nasze guilty pleasure.

Parzę herbatę i wyglądam na balkon, w końcu ciepła noc. Nie jestem typem imprezowicza, więc praktycznie każdy sobotni wieczór wygląda u nas spokojnie.

Często czytam dwie książki na raz i jednym z moich ulubionych miejsc czytania jest wanna. Robię ciepłą kąpiel i zabieram książkę ze sobą. Jedną już raz skąpałam, więc teraz staram się uważać, by kolejnych nie wrzucić do wody.